Kiedy zaczęła się prawdziwa przygoda z martwą naturą

Po poprzednich ćwiczeniach myślałam, że już trochę „kumam”, o co chodzi w rysowaniu ołówkiem.
Myliłam się. Bardzo.

Bo dopiero to, co przyszło później, było wejściem na zupełnie nowy poziom.

Bodegon, który nauczył mnie cierpliwości

Pewnego dnia Elia dała mi zdjęcie.
Nie takie zwykłe.
Ogromny bodegon – pełen detali, warstw, struktur, odbić, załamań światła i cieni.
Tkanina, owoce, szkło, metal, porcelana… wszystko naraz.

Rysowałam go dwa miesiące.

Siedziałam nad nim godzinami.
Czasami z zachwytem, czasami z frustracją, czasami z absolutnym pragnieniem, żeby rzucić tym kartonem przez całą salę.
Nie wiem nawet, ile razy miałam ochotę to zrobić.

A jednak – trwałam.

Odkrycia, o których nie miałam pojęcia

W trakcie pracy odkryłam rzeczy, o których nie sądziłam, że istnieją:

  • to coś do rozcierania ołówka (patyczek, blender, tortillon – wcześniej nawet nie wiedziałam, że taka rzecz jest narzędziem!),
  • że gumka też jest narzędziem malarskim,
    a nie tylko ratunkiem, gdy coś nie wyjdzie,
  • że gumki mają różne rodzaje i różne funkcje: jedne rozjaśniają, inne „wyciągają światło”, jeszcze inne modelują kształty,
  • że każde cieniowanie to proces, a nie przypadek.

To była dla mnie rewolucja.

Nauka, która zmieniła moje patrzenie

Każdy element tego bodegonu wymagał osobnej strategii:

  • pofałdowany obrus – jak uchwycić miękkość tkaniny?
  • owoce – jak oddać ich objętość i fakturę?
  • szkło – jak pokazać przezroczystość i odbicia?
  • metal i porcelana – jak odróżnić błysk od matu?

Musiałam planować pracę na każdą lekcję.
Na każdy fragment.
Na każdą warstwę.

I z czasem zaczęłam widzieć coś, czego wcześniej nie dostrzegałam:

W malowaniu nic nie jest przypadkowe.
Każda kreska ma znaczenie.
Każde rozjaśnienie i każde ściemnienie jest decyzją.

I wtedy wydarzył się kolejny szok:

Rysowanie jest… logiczne.

Bardzo logiczne.
Prawie jak matematyka.

Struktura, sekwencja, warstwy, zależności.
Jak równania – tylko w wizualnej formie.

Duma, która została do dziś

Ten bodegon nadal mam przed oczami.
Podobał mi się od pierwszej chwili – i dalej go uwielbiam.
Za to, że mnie nauczył.
Za to, że ode mnie wymagał.
Za to, że sprawił, iż zobaczyłam w sobie coś, czego nie podejrzewałam.

Dziś, kiedy na niego patrzę, jestem z siebie dumna.

Bo w tych pofałdowanych tkaninach, odbiciach i cieniach
widzę nie tylko rysunek.

Widzę całą swoją drogę.