Misie – kolejna próba charakteru

Kolejną próbą mojego charakteru… były misie.
Niby nic wielkiego – taka fajna rodzinka niedźwiadków.
A jednak to był jeden z tych obrazów, nad którymi siedzi się bardzo długo. Nie wiem dokładnie ile – ale pamiętam jedno: to trwało.

I to była prawdziwa przygoda.

Pierwsze niedźwiedzie w życiu

To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy rysowałam:

  • niedźwiedzie,
  • niedźwiedzice,
  • i do tego na skałach.

Nie miałam absolutnie żadnego pojęcia:

  • jak się za to zabrać,
  • od czego zacząć,
  • jak narysować futro, żeby nie wyglądało jak plama,
  • jak połączyć zwierzęta z tłem.

Totalna pustka w głowie.

Na szczęście Elia – jak zawsze – cierpliwie wyjaśniła mi, co z czego wynika, dlaczego zaczynamy właśnie tak, a nie inaczej. I wtedy… ruszyłam. Powoli. Bardzo powoli.

Forma, światło i cierń cierpliwości

Jak zwykle wszystko zaczęło się od:

  • nadania kształtu,
  • naszkicowania formy,
  • złapania proporcji.

Potem przyszła kolej na jasne i ciemne miejsca – jeszcze bez włosków, jeszcze bez detali.
Chodziło tylko o to, żeby niedźwiedzie miały objętość, żeby nie były płaskimi plamami na papierze.

I właśnie na tym etapie wydarzyło się kolejne odkrycie.

Gumka jako narzędzie malarskie

Tutaj naprawdę doznałam szoku.

Zrozumiałam, że gumka nie służy do poprawiania błędów, tylko jest pełnoprawnym narzędziem rysunkowym.
Nie po to, żeby coś „wymazać”, bo się pomyliłam –
ale po to, żeby wydobywać światło, kształt i fakturę.

I że gumek jest:

  • mnóstwo rodzajów,
  • o różnych twardościach,
  • do zupełnie innych zadań.

W tym ćwiczeniu, przy robieniu futra moich niedźwiedzi, używałam gumki w formie ołówka – takiej supercienkiej, precyzyjnej. Dzięki niej mogłam:

  • „wyciągać” pojedyncze włoski,
  • rozjaśniać konkretne miejsca,
  • budować fakturę futra bez dokładania grafitu.

To było absolutnie niesamowite uczucie – zamiast dorysowywać, odejmować.
Światło powstawało nie z kreski, ale z jej braku.

Tło, skały i kolejne decyzje

Kiedy w końcu ogarnęłam same niedźwiedzie i ich futro, przyszła kolej na tło.
Skały, na których stoją.

I znowu:

  • analiza całości,
  • rewizja jasnych i ciemnych miejsc,
  • pytania: czy tu jest za jasno? czy tu już za ciemno? czy to się jeszcze spina?

Każdy fragment wymagał decyzji.
Każda kreska miała znaczenie.

Setki kresek i jedno odkrycie

Naprawdę nie sądziłam, że rysowanie ołówkiem wymaga aż tylu przemyślanych wyborów.
Że nic nie dzieje się przypadkiem.
Że nawet najmniejsza kreska coś zmienia.

A tych kresek zrobiłam… setki.
Może tysiące.

Ten obraz nauczył mnie czegoś bardzo ważnego:
że malowanie to nie tylko intuicja i „flow”,
ale też struktura, myślenie, analiza i ogromna cierpliwość.

I że ja – ku swojemu zaskoczeniu – potrafię w tym wytrwać.